czwartek, 2 lipca 2015


NORI


- Nie możliwe – powiedziałam sama do siebie. - to znowu powraca te cholerne sny! Ta dziewczyna to ona wczoraj mi się śniła... w zasadzie to nie śniła! - kopnęłam kamień leżący tuż obok mnie. Przystanęłam na chwilę i usiadłam na głazie. Nikt nie zwracał na mnie uwagi i dobrze w sumie się z tego cieszyłam. Wstałam i wyjęłam swoją maczetę i wyładowałam swoją złość na kamieniu, na którym przed chwilą siedziałam, a on rozpadł się w pół. Nawet jedna osoba się nie obejrzała się. Kiedy byłam wściekła zdarzało mi się zamordować kilka głazów. Po czym schowałam maczetę i ruszyłam w dalszą drogę do lasu. Kopiąc każdy napotkany kamień. - czy ja nie mogę być jak normalni herosi?! Nie!!! oczywiście muszę mieć jakieś sny, które mnie przenoszą w różne miejsca! - warknę – łam i rozcięłam kolejną skałę. Do chodziłam już do lasu, ale nadal się na siebie wściekałam – Nie nie możesz być normalna! Bo po co?!
Usiadłam i nagle poczułam, że nie mogę oddychać zaczęłam się dławić i miałam wizję. Znowu ujrzałam swój „sen” pojawiłam się w pło - nącym domu, a na łóżku leżała dziewczyna, która spała jak zabita. Prze - wróciłam przedmiot, który stał najbliżej mnie żeby narobić hałasu, ponieważ wiedziałam, że mnie nie zobaczy. Szafka upadła na podłogę i trafiłam w dziesiątkę rudo włosa dziewczyna się obudziła. Podbiegłam do miejsca gdzie powinny być drzwi a tam o mało nie spadłam z wysokości drugiego piętra w ostatniej chwili się zatrzymałam i zobaczyłam, że dziewczyna idzie za mną. Wykorzystałam całą swoją siłę woli i fizyczną jakoś udało mi się sprawić żeby nie spadła. Wróciła się do pokoju i wyskoczyła przez okno na sosnę, z której spadła. Zdążyłam za nią wyskoczyć i ją złapać, ale i tak zemdlała. Położyłam ją na ziemi i... To ostatnie co pamiętam.
Wróciłam do świata rzeczywistego i z powrotem mogłam sapać. Długo trwało zanim zaczęłam normalnie oddychać. Po czym wstałam i powiedziałam sobie:
- Nigdy więcej nie chcę żeby to się powtórzyło...- po czym wstałam i ruszyłam w las. Nagle gdzieś z prawej strony nadleciała strzała i prze- leciała tuż obok mojej głowy. Wyjęłam maczetę i spojrzałam na lewo i ujrzałam tarczę do strzelania z wbitą strzałą w centralny środek. - Dzieci Apolla...-wymamrotałam po czym splunęłam na ziemię.- Ja wiem, – zaczęłam rozglądać się po czubkach drzew. – że się nie lubimy i, że macie teraz ćwiczenia w terenie, ale moglibyście łaskawie chodź kiedy idę po wyrocznię nie strzelać tam gdzie przechodzę? Byłabym... - to ostatnie słowo wypowiedziałam z wielką trudnością. - wdzięczna!- szum lasu nagle ucichł – Dziękuję!- powiedziałam to takim tonem jakbym wygrała nagrodę na loterii, a potem dowiedziała się że to puszka zupy.
Już miałam iść, ale zanim zdąży- łam postawić krok strzała wylądowała tuż koło mojej stopy. - O nie! Nie daruje wam tego! - po- wiedziałam niesamowicie wściekła -który to?! Złaź w tej chwili na dół zobaczymy jaki z ciebie chojrak! - Z drzewa zeskoczył chłopak Z srebrny- mi włosami i złotymi oczami o skórze białej jak śnieg. Był ode mnie wyż- szy o jakieś dwadzieścia centymetrów, ale nie przeszkadzało mi to w spojrzeniu na niego z pogardą.
- Czego tu szukasz sóweczko? -spytał uśmiechając się złośliwie.- Dobrze wiesz, że nie lubimy obcych w lesie podczas treningów!
- Zupełnie niczego promyczku – powiedziałam z pogardą – idę tylko do wyroczni a to, że się osiedliła w lesie to już nie moja wina!
- Idź sobie na około z dala od pola!
-Sra, ta, ta, ta – przedrzeźniałam go. – Zamknij się i po prostu mnie przepuść – przepchnęłam go wolną ręką.
- Zaczekaj, zaczekaj. Powiedziałem ci już coś idź sobie na około. Poziom mojego zdenerwowania osiągnął wysokość olimpu nie wytrzymałam i przysunęłam do najbliższego drzewa trzymając mu maczetę przy szyi.
- Posłuchaj to, że jesteś trochę wyższy nie znaczy, że będziesz mną rządzić a teraz spadaj zanim skopię ci tyłek. Odepchnęłam go, ale on powiedział :
- Może gdybym był sam,... - wskazał na czubki drzew. Z poza gałęzi wystąpili łucznicy od Apolla. - ale nie jestem więc teraz idź już na około. Wściekłam się, obezwładniłam go i przycisnęłam jego twarz do ziemi.
- Teraz słuchaj – powiedziałam – powiesz im, że mają mnie przepuścić, albo ci złamię te twoją rączkę. Czy wyrażam się jasno?
- Przepuścić ją! - krzyknął tak głośno jak tylko mógł.
Potem zostawiłam go w spokoju, schowałam maczetę i poszłam dalej. Dzieci Apolla już nawet nie próbowały we mnie strzelać. Tak jak poprzednio nawet najmniejszy kamień nie umknął mojemu oku i został kopnięty. W końcu dotarłam do domku z beli drewna. W oknach wisiały różowe, koronkowe firanki a od zewnętrznej strony przyczepione były czaszki. Z komina się dymiło co oznaczało, że Veronica jest w środku.
Zapukałam delikatnie w różowe drzwi, ale była to czysta formalność, gdyż wiedziałam, że za chwilę usłyszę znajome „ Proszę wejść ”, ale tak się nie stało.
Wyważyłam drzwi i wbiegłam do środka. Na podłodze leżała wyro- cznia trzymająca w ręce kielich, z którego wylewały się resztki fioletowe- go napoju. Wzięłam ją na ręce co nie było proste bo była ona ode mnie o trzy lata starsza. Zaczęłam biec przez las krzycząc „Pomocy!” w nadziei, że dzieci Apolla jeszcze nie poszły, ale nikt nie odpowiadał.

======================================================
Chciałabym wytłumaczyć parę kwestii dla osób które weszły na bloga a nie miały styczności z Olimpijskimi Herosami imię oznacza osobę która ma narrację. A tak wgl posty będą się pojawiać w pierwszej osobie. Piszcie jak zauważycie błędy za które oczywiście przepraszam :)

1 komentarz:

  1. 'Kiedy byłam wściekła zdarzało mi się zamordować kilka głazów.'- Więcej takich zdań. Przy których parsknę śmiechem. Widzę że główna bohaterka to prawdziwa awanturniczka. Niech przystopuje, bo jeszcze coś komuś zrobi. ;d Trochę dużo błędów, staraj się pisać uważniej. Do następnego rozdziału!

    OdpowiedzUsuń